STUDIA

/chcę jak księżniczka z księciem mknąć do siebie, przez siedem mórz, gór, ulic i rzek/

W ten weekend byłam na uczelni. W sobotę mam jedynie same wykłady i jest na niektórych lista, ale czasem wykładowca jest tak beznadziejny, że nie da rady wytrzymać półtorej godziny w jednym miejscu. Zaszczyciłam swoja obecnością, aż trzy wykłady. Na pierwszy się spóźniłam, nie mogłam się skupić, więc za dużo nie wyniosłam :) Jak to ja stwierdziłam, że do 20:15 nie będę siedzieć, więc zerwałam się z socjologii (koleś przez półtorej godziny gada ze zmarszczonym czołem i mówi jeszcze szybciej niż ja, nie da rady wytrzymać) oraz z etyki społecznej (nie wiem, czy się kiedyś na nim pojadę, a zostały jeszcze dwa wykłady, ale dobrzy znajomi wypisują mnie na listę). Niedzielę do połowy semestru zimowego ma na ósmą i od samego rana ćwiczenia. Niestety sobotni wieczór spędziłam u kuzynki i nie byłam w stanie iść na pierwsze dwa ćwiczenia (już nie byłam na nich dwa razy, więc teraz będzie trzeba chodzić), ale poszłam na trzecie. Stwierdziłam, że muszę poznać profesorka czy tam doktora, który strasznie przynudzał, ale wypuścił nas godzinę wcześniej, bo tam jakieś zebranie miał. Czas wolny został dobrze rozplanowany :) Poszłam jeszcze na jeden wykład z byłym wojskowym. Sprawdza obecność, nie możesz wyjść sobie nagle, ale musisz do niego podejść, przeprosić i podać podwód czemu opuszczasz aulę. Podstawówka! Egzamin jest u niego usty i nie jest wcale tak łatwo (wiem po zeszłym semestrze). Na dwa następne wykłady nie opłaca się chodzić. Na jednym przez półtorej godziny będziemy słuchać o romansach, o wódce i innych pierdołach, ale nie o tym z czym związany jest przedmiot (wyobrażacie sobie jak wygląda zaliczenie? nie wiesz z czego będzie i nie masz z czego się uczyć). Drugi wykład jest w całości na stronie doktora. Są slajdy i pytania na egzamin i z tego tylko jest :) Tak wyglądało moje bycie na zajęciach, czyli całkiem dobrze jak na mnie!

Jak minął mój weekend z aparatem? Było wszystko fajnie do sobotniego poranka, kiedy zaczęłam czuć ból zębów, wszystkich! Do tej pory mnie boli, ale wczoraj pogryzłam kilka pomidorków koktajlowych, więc jest coraz lepiej. Nie rozstaje się z woskiem, bo mam strasznie poranione policzki od wewnątrz, więc od trzeciego zęba w tył mam naklejony wosk, ratuje mnie! Zastanawiam się tylko, czy kupię go w aptece, bo dostałam takie małe pudełeczko, a następną wizytę mam dopiero w grudniu. Wracają do bólu zębów nie jest on taki tragiczny, nie muszę brać leków przeciwbólowych, bo jest on znośny :) Niestety od piątkowego południa jadam tylko serki i zupy, więc mam serdecznie dość takiego odżywiania i nie mogę już patrzeć na jakieś jogurciki i sereczki, wymiękam! Dzisiaj po pracy spróbuje zjeść kanapkę bez skórki z samym masłem lub jakimś serkiem topiony. Mam ochotę na jakieś mięso i warzywa, a nie mogę nic pogryźć. Ludzie na uczelni myśleli, że jestem na diecie, bo tylko jogurty jadłam, a jak poszliśmy do McDonald'a to też wyjęłam sobie jogurt :) 

Przed Wami jeszcze jeden post w tym miesiącu, który ukarze się jutro lub w środę. Zapraszam Was na mojego Instagrama oraz Twittera :) Jeszcze chciałam powiedzieć, że cieszy mnie każdy komentarz, który zostawicie (a nie jest ich wiele), bo wiem, że ktoś to czyta i ma coś do powiedzenia :) Pozdrawiam cieplutko i przesyłam tysiące pozytywnych buziaków! 


Czytaj dalej

ORTODONTA: Co nowego?

/jesteś lekiem na całe zło/

Na wstępie chcę Was bardzo przeprosić, że nie napisałam postu wczoraj, bo dopiero wróciłam do domu przed 19, a wyszłam przed 14 :)

Ten kto czytuje mojego bloga wie, że wczoraj był bardzo ważny dla mnie dzień :) Dojechałam do ortodonty prawie pół godziny wcześniej (tak jeżdżą tramwaje, niestety). Na fotel dopiero usiadłam piętnaście minut po czasie, bo pobyt jednej pacjentki się niestety przedłużył. Zasiadłam zacnie na fotelu, który został obniżony do pozycji leżącej. Doktor najpierw popatrzył, zobaczył jak się goi po wyrwaniu, milion razy musiałam otwierać i zagryzać zęby. Zaczęło się! Czymś mi polał zęby, popsikał, wydmuchał i zaczął przyklejać zamki. Poszło nawet szybko, wybrałam jasno różowe gumki, dostałam wytyczne jak ma dbać o zęby i czego nie jeść. Dodatkowo dostałam wosk oraz szczoteczkę jedno pęczkową. Jak na razie żadne zamki mnie nie pokaleczyły, więc go nie używam :) Przez okres ok. siedmiu dni jestem na miękkiej diecie (jogurty, serki, przeciery, zupy, musy) ze względu na występujący ból. Zapłaciłam wczoraj połowę ceny za aparat, czyli 700 zł. Gdy wyszłam od ortodonty to od razu zadzwoniłam do Narzeczonego i poczułam jak coś upadło mi na język. Wypluwam, a to zamek z samego końca. Musiałam wrócić, pokazać, poczekać i został ponownie przyklejony :) Wstałam chwilę przed dziewiątą i tak cholernie mnie boli, że nie wiem jak wytrzymam na zajęciach tyle godzin. Muszę się wyposażyć w tabletki przeciwbólowe. 

Następną wizytę mam 6 grudnia (w moje urodziny), gdzie będzie sprawdzana góra i zakładany dół :) Pełnowymiarową aparatką będę od grudnia! Z jednej strony nie mogę się doczekać, ale znowu ten ból. 


Zdjęcie nie jest najlepszej jakości, bo z kamerki komputerowej. Dodatkowo jestem w pidżamie, bez makijażu i ułożonych włosów, wybaczcie! 
Zapraszam Was na mojegoa Instagram i Twittera. Życzę udanego weekendu i przesyłam buziaczki :) 
Jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie *.*

Czytaj dalej

ORTODONTA: Koszty leczenia

/chciałam to mam, high life i znów ten sam zniewalający stan/

Przyznaje się bez bicia, że dzisiejszy post miał być o czymś innym, ale wczoraj tyle rzeczy robiłam i nawet nie zauważyłam kiedy zrobiło się ciemno. Na szczęście udało mi się wybrnąć z tej sytuacji i dzięki temu nie skończy się to brakiem obiecanej notki. Szybka reakcja :) 
Jak dobrze wiecie w piątek następuje długo wyczekiwany dzień, czyli dzień w którym dołączę do grona aparatek :) Z samego tytuł możecie wywnioskować o czym będziecie czytać.

Leczenie ortodontyczne wiąże się z pewnymi kosztami, które do najmniejszych nie należą. Dlatego też wiemy, że osoby z mniejszym budżetem, lecz z wadą zgryzu nie mogą sobie na nie pozwolić. Jestem takim przykładem :) W wieku dwudziestu lat zakładam aparat stały, bo teraz mnie na niego stać (w sumie też nie do końca) i mogę spełnić jedno ze swoich marzeń. Zaczęłam pracować i wiem na, co mogę sobie pozwolić. Moje leczenie dopiero się zaczęło i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że wydam jeszcze masę pieniędzy na ortodontę. Czytałam różne fora internetowe i opisy kosztów wahały się od 6 tys - 12 tys. Kwota jest gigantyczna, bo w sumie można by za to kupić jakiś używany samochód, niekoniecznie super ( a w sumie to nie znam się na samochodach). Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami tym ile na chwilę obecną wydałam i ile w sumie jeszcze w przybliżeniu wydam :) 

Koszta: 
  • I wizyta -> 50 zł + 50 zł wyciski = 100 zł
  • II wizyta -> 50 zł
  • 135 zł -> dwa zdjęcia RTG pantomograficzne oraz cefalometryczne 
  • III wizyta -> 0 zł
  • 300 zł -> wyrwanie dwóch zębów
Jak widać na razie, aż tak dużo nie wydałam, bo 585 zł. Przede mną piątkowa wizyta i kolejne koszta. Z moich obliczeń wynika, że zostawię 750 zł. Dlaczego tak mało? Jedne łuk aparatu stałego metalowego jest w cenie 1400 zł, a że u mojego ortodonty można zapłacić połowę,  a drugą cześć na raty (skorzystałam z tej okazji), więc teraz zapłacę 700. Sam aparat wyniesie mnie 2800 zł (połowa płacona, a druga na raty). Wiem, że to nie dużo, bo na tym mi zależało. Zanim znalazłam odpowiednią przychodnię to trochę stron przejrzałam i dużo dzwoniłam. Większość ortodontów w Łodzi za aparat metalowy życzyła sobie 3400 - 3800 zł. Jak widać jest to niemała różnica w cenie, bo tysiąc złotych, które mogę przeznaczyć na inne wydatki z tym związane. Również wizyty w Łodzi wahają się do 100 - 200 zł, czyli też całkiem sporo. (u mnie 150 zł). Jedynym minusem jest to, iż muszę dojeżdżać do Zgierza autobusem lub tramwajem godzinę. Ale coś za coś :) Po podliczeniu normalnej ceny za aparat i dodaniu tego, co już wydałam wychodzi 3435 zł. Nie biorę w tej kwocie wizyt (bo nie wiem ile ich będzie), kolejnego wyrywania i innych kosztów również tych nieprzewidzianych. Mam nadzieję, że ceną maksymalną jaką wydam na to, aby mieć piękny uśmiech zamknie się w 6500 zł. 
Czy to możliwe? Jak myślicie? Ile Wy wydaliście na leczenie ortodontyczne?



Kolejny post już w wyczekiwany piątek :) Zapraszam Was serdecznie na mojego Instagrama oraz Twittera. Życzę Wam miłego dnia i cieplutko pozdrawiam :) 
Czytaj dalej

TRĄDZIK: Bioderma i Clindacne

/biegnę do ciebie, jak sprawne wojsko pokonuję próg/

 Pisałam Wam o mojej ostatniej wizycie u dermatologa i dowiedzieliście się, co mi przepisała i poleciła. Od miesiąca stosuję krem w żelu Clindacne i jest to pierwszy krem, który nie śmierdzi alkoholem i nie wysusza mi skóry, więc jestem z niego bardzo, ale to bardzo zadowolona :) Stosuję go wieczorem po zmyciu makijażu, kąpieli i użyciu płynu micelarnego z Biodermy, bo wtedy moja twarz jest bardzo dobrze oczyszczona. Na palec wyciskam ilość w żelu wielkości zielonego groszku i to starcza nam na rozsmarowanie po całej twarzy. Oczywiście tam, gdzie mam jakieś większe zmiany trądzikowe daje grubszą warstwę. Starczy tej teorii. Czy on działa? Działa! To, co miałam na żuchwie w sumie prawie zniknęło. Jasne, czasem coś mi się tam pojawi (np. teraz, wina okresu). Widać wielką zmianę i wiem, że nie tylko ja to zauważam. Jak wychodzę ze znajomymi na miasto to zawsze któraś pochwali to, że moja buzia ładnie wygląda :) Dodaje mi to pewności siebie, zdecydowanie. Jeśli chodzicie do dermatologa i denerwują Was kremy/żele, które wysuszają i śmierdzą alkoholem to poproście o przepisanie tego :) 

Z płynami micelarnymi polubiłam się, gdy zaczęłam używać tego z L'Oreal. Dermatolog polecił mi markę Bioderma. Znałam ją, ale ceny tych produktów trochę mnie przerażały. ale trzeba spróbować wszystkiego :) Przy okazji opisywania Wam mojego trądziku wspomniałam o tym, że borykam się z nim również na plecach. Tak jak przy przemywaniu nim twarzy nie mogę do końca stwierdzić jaki miał wkład w poprawę jej wyglądu, bo stosują go wraz z żelem. Ale, ale, ale! Plecy od miesiąca są codziennie przemywane płynem micelarnym i tam widać ogromną różnicę. Nie wyskakują mi, co chwila wielkie świecące diody czy wulkaniki z białą główkę. Tak jakby ten płyn powoli wypośrodkowywał to wszystko. Jestem z niego bardzo, ale to bardzo zadowolona i muszę biec do apteki po następną buteleczkę, bo zostały mi resztki na dnie. Tym razem kupię 500 ml, choć cena jest lekko zabójcza, bo jakieś 60 zł. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęła mi się kończyć. Czy jest to produkt wydajny? Sama do końca nie wiem, bo ja stosowałam to wieczorem do twarzy i pleców, a Narzeczony rano i wieczorem do twarzy. Więc chyba jak na stosowanie produktu przez dwie osoby to chyba nie jest tak źle :)

Używacie lub używaliście, któregoś z tych dwóch produktów? Może używacie innych produktów z Biodermy albo innych kremów na trądzik? Jeśli tak to piszcie śmiało w komentarzach :)
Następny post ukarze się w środę, a Was zapraszam na mojego Instagrama oraz Twttera :) 
Czytaj dalej

RECENZJA: CHI 44 Iron Guard oraz Biosilk

/zostać, potrzebuję Cię tu. to, co sobie mam tylko ciągnie mnie w dół/

Dzisiaj już przed ostatnia recenzja (jeszcze przed Wami recenzja dwóch lakierów). Jeszcze o tym nie wiecie, ale ja jestem totalnie chora na punkcie moich włosów. Często to jak się ułożą wpływa na mój humor (głupie, wiem). Niestety matka natura obdarowała mnie włosami bardzo dziwnymi. Są grube, ale ani proste ani kręcone. Jakieś takie falowane. Cholera wie! Taki ich zarys :) Dla ich nieszczęścia są katowane prostownicą codziennie, więc muszę je chronić i nawilżać przy okazji. Ostatnio zaczęłam w inwestować w lepszej jakości produkty (nie tylko do włosów). Moja fryzjerka używa produktów marki CHI, więc wiedziałam jakiego efektu mogę się spodziewać, a przede wszystkim nie kupowałam w ciemno. Za mgiełkę/sprej chroniący włosy przed wysoką temperaturą zapłaciłam 40 zł, a buteleczce jest 251 ml. Ładnie pachnie, fajnie się rozprowadza, nie obciąża, włosy nie stają się po nim oklapnięte. Dodatkowo po każdym umyciu stosuję jedwab do włosów (najwięcej na końcówki). Nawilża moje włosy, stają się miękkie i pachnące :) Najbardziej lubię efekt, gdy umyje najpierw włosy, wetrę jedwab, przed suszeniem i prostowaniem popsikam je mgiełką, ponieważ one stają się wtedy takie miękkie i sypkie ;) W planach mam zakup szamponu oraz odżywki z marki CHI i stosować je na przemian z drogeryjnymi produktami. Zobaczymy, co z tego wyjdzie :)

Do założenia aparatu zostało siedem dni. Odliczam, nie mogę się doczekać. Po wyrwaniu wszystko się goi, nie boli, mogę jeść normalnie. W ogóle to czasem ludzie są przywaleni, a szczególnie klienci z którymi spotykam się na co dzień w pracy! Kurde, nie mogę wyjustować tekstu, szlag mnie trafia! Dzisiaj blogger ma jakieś problemy. Najpierw ze zdjęciem, teraz z edytowaniem tekstu. Masakra! Nic nie sprzyja pisaniu dzisiejszej notki, serio. 
 Zapraszam Was na mojego Instagrama oraz Twittera (norma już taka) i do niedzieli! :)


Czytaj dalej

Po wyrwaniu!

/we clawed, we chained, our hearts in vain/

Nie taki diabeł straszny jak go malują! Od samego rana jak tylko myślałam o dzisiejszym wyrywaniu to od razu zaczynał boleć mnie brzuch. Wizytę miałam umówioną na godzinę jedenastą. Kiedy weszłam do gabinetu to ogarnął mnie strach. Pogadałam z ludźmi w poczekalni, którzy dodali mi otuchy :) Jak doktor wyszedł po mnie to zrobiło mi się słabo, oblał mnie zimny pot i zaczęło się kręcić w głowie. Dostałam dwa znieczulenia (nie cierpię igieł), poczekałam na jego działanie. Otworzyłam buzię, lekarz włożył mi jakiś tam przyrząd, chrup, chrup i nie ma zębów. Po wyrwaniu dostałam swoje "zguby" na pamiątkę :) Na fotelu siedziałam może pięć minut, na pewno nie dłużej. To, co mówiła mi o nim kuzynka się sprawdziło. Lekarz sympatyczny, bezboleśnie wyrywa i przede wszystkim szybko. Jeśli ktoś z Was wybiera się do stomatologa coś wyleczyć lub wyrwać to polecam: Abdul Rahim Kamel, ul. Uniwersytecka 8/10 Łódź. Na domofonie jest napis STOMATOLOG i to tam :) Teraz jestem pięć godzin po wyrwaniu, znieczulenie zeszło i trochę pobolewa. Dam radę! Za tydzień aparat, odliczam dni do następnego piątku, bo jedno z moich marzeń się spełnia :)



W piątek przyjdę z recenzją dwóch produktów do włosów (bez których sobie nie wyobrażam życia), a teraz idę obejrzeć zaległe vlogi, pograć i może poleżeć jak ten dziwny ból mi nie przejdzie. Zachęcam Was do odwiedzenia mojego Instagrama oraz Twittera. Buziaczki!
Czytaj dalej

RECENZJA: My Secret Satin Touch Khol nr 19

/kiedyś znajdą dla nas dom, z pięknym oknem na świat/

Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną recenzją (recenzję będą pojawiać się ma blogu dosyć często). Jestem kolejny dzień w pracy, źle śpię, boli mnie kręgosłup i szyja, chodzę rozchwiana emocjonalnie, wszystko mnie wkurza i czasem sobie nie radzę. Byle do przodu, nie można się smucić :)


Kiedyś przeczytałam na jakimś blogu (nie pamiętam na jakim, za dużo ich przeglądam i czytam), że aby powiększyć optycznie oko to dolną linię wodną powinno się malować cielistą lub białą kredką, ponoć cielistą lepiej. Ciężko było mi takową znaleźć! Jedyna jaką widziałam na sklepowych półkach to była firmy MaxFactor w cenie trzydziestu złotych. Stwierdziłam, że to za dużo jak na kredkę do oczu. A poza tym nie mam pewności, że nie ma w środku połamanego rysiku i przy każdym temperowaniu będzie się łamać. Jakby okazała się taką wadliwą to byłabym bardzo wkurzona, że wydałam na kredkę tyle kasy i nic z tego nie mam. Postanowiłam poszukać tańszego odpowiednika! Przy oglądaniu vloga Marty Wierzbickiej dowiedziałam się, że ona używa z firmy Sensique, którą znajdę w Naturze. Niestety nie było mi to dane, bo za każdym razem jak byłam w Galerii Łódzkiej, odwiedzałam podaną wyżej drogerię i nie nigdy, ale to prze nigdy nie mogłam na nią trafić! Aż tu pewnego dnia przy kolejnych odwiedzinach wpadła mi w oko ona! Tania (jedyne 7,49), ma ładne opakowanie. Producent zapewnia nam, że jest miękka, wygodna w użyciu oraz trwała. Kreska wewnątrz oka namalowana tą kredką utrzymuje się nawet przez parę godzin. Jak ja się do tego odnoszę? Kredka jest mięciutka, utrzymuje się prze parę godzin (myślę, że około czterech, nie więcej). Aby uzyskać dobry efekt trzeba kilka razy nią przejechać, nie podrażnia oka! Sądzę, że na tę cenę jest fajna i można się na nią pokusić. Jak na razie nie zamierzam szukać innego odpowiednika (no może na MaxFactor się skuszę przy jakieś promocji). 

Jutro spróbuje zrobić zdjęcie kredki na oku oraz tuszu (podejmę się tej próby)! Lecz najpierw spróbuje ugotować po raz pierwszy barszcz czerwony, bo chodzi za mną od kilku dni :) Jak nie przyjdą do mnie dni kobiece to jutro według planu idę wyrwać zęby (modlę się o to, aby przyszły w czwartek). Więc, jeśli jutro wszystko pójdzie zgodnie z planem to będzie post dotyczący wyrwania, a jak nie to dopiero w piątek! :) Buziaczki dla Was :) 
Czytaj dalej

STUDIA

/a kiedy przyjdzie także po mnie, zegarmistrz światła purpurowy/

Do tematyki bloga dochodzi, co dwutygodniowy post dotyczący moich studiów, zajęć. Będę pisać o tym, co się działo. Czy zaliczyłam i jak przetrwałam męki na uczelni :)

Oficjalnie zaczął mi się drugi rok, trzeci semestr moich studiów. Czy się cieszę? Nie wiem! Plan mam do kitu. Nie podobają mi się przedmioty i godziny, które muszę spędzić na uczelni. Do 4 zjazdu w sobotę siedzę na uczelni od 11:30 do 20:15, zaś w niedzielę od 8 do 18:30. Cały weekend wycięty z życia! Cóż, zachciało mi się pracować i studiować jednocześnie. Jak na razie mam do napisania jeden referat z Informacji Bezpieczeństwa i prezentację do zrobienia. Odechciewa mi się, jak o tym myślę. Muszę się za to powoli zabrać, bo im szybciej skończę tym lepiej. Będę mieć więcej wolnego czasu, więcej czasu na naukę, więcej czasu na wszystko. Nie chcę zostawiać tego wszystkiego na później. W sobotę dotarłam na zajęcia i nie poszłam tylko na jeden, ostatni wykład. W niedzielę w ogóle tam nie dotarłam. Miałam kryzys egzystencjalny. Za dwa tygodnie pójdę na wszystkie zajęcia, zepnę się i dam radę. W sumie płacę za to, więc wypadałoby chodzić. Muszę się zmotywować i zacząć wszystko powoli ogarnąć, bo jak znam życie (i siebie) to na koniec semestru obudzę się z ręką w nocniku, a tego nie chcę. 

Dzisiaj przed pracą pojechałam na pogrzeb, a potem do pracy. Nie wiem, czy nie będę musiała przełożyć stomatologa o tydzień, czyli wszystko przesunie mi się o tydzień. Ponoć podczas okresu nie można wyrywać zębów, bo ma się zmniejszoną krzepliwość krwi czy coś. Wkurzona jestem!

Zapraszam Was na mojego Instagrama i Twittera. A jutro kolejna recenzja, zbliżam się do końca :) Pozdrawiam cieplutko i życzę lepszego dnia niż mój! :)
Czytaj dalej

RECENZJA: Dry Shampoo Batiste

/you bring the light, i bring the drama/

Dzisiaj przestawiam Wam to cudo, mojego wybawce, moją nową miłość. Zastanawiam się jakie było moje życie zanim się poznaliśmy, szamponiku? Powiem szczerze, że na początku jakoś w to nie wierzyłam. Zrobiłam eksperyment na mojej grzywce, która drugiego dnia wygląda jak nie myta przez dwa tygodnie! Podzieliłam na dwie warstwy (jak przy prostowaniu), psik, psik i już. Roztrzepuje, przeczesuje i moim oczom ukazała się grzywka jak po umyciu. Jest to coś bez czego nie mogę już żyć, taki kosmetyczny must have. Ma dziwny zapach, tak, zdecydowanie. Niby przyjemny, ale jednak jakoś mi nie odpowiada. Mój suchy szampon przywędrował ze mną z Londynu i martwiłam się, że nie dostanę go w Łodzi! Szybki przegląda Internetu, można go kupić w Hebe (nie widziałam go w żadnym Rossmannie czy Super-Pharm). Czytałam przeróżne opinie i niektóre kobiety uważają to za szczyt lenistwa. Ja osobiście się z tym nie zgadzam, nie myje włosów codziennie, bo to by źle na nie wpływało. Szybciej by się przetłuszczały, a tego nie chcemy. Więc użycie tego szamponu jako odświeżenie jest bardzo dobrym pomysłem. Odświeżymy je, nadamy lekkiego blasku a same będziemy się lepiej czuć. Wiem też, że nie każda ma czas rano na mycie głowy (kiedyś tak robiłam, a wstawanie wcześnie rano do przyjemnych nie należy). Czy polecam Wam ten produkt? Czy poleciłabym go mojej przyjaciółce? Zdecydowanie tak! Z ręką na sercu, tak! Po stokroć tak :) Na koniec mała informacja:

Jak go używać? 
1) Potrząśnij intensywnie puszką, rozpyl u nasady włosów z odległości 30 cm. 
2) Wmasuj szampon przez kilkanaście sekund. 
3) Rozczesz włosy i ułóż jak zwykle.

Pozdrawiam Was cieplutko, buziaczki, do napisania! :)
Czytaj dalej

RECENZJA: MaxFactor 2000 Calorie Curved Brush Voulme & Curl

/paint the sky with silver lining/

Szczerze powiedziawszy mam nadzieję, że uda mi się zakończyć recenzje zaległych produktów w tym tygodniu (prócz lakierów, bo czekam na wzrost moich paznokci). Ciągnie to się za mną i ciągnie :)


Moją zmorą są rzęsy (nie tylko one)! Nie znalazłam jeszcze tuszu idealnego, a wypróbowałam ich już trochę. Każdy z poprzedników miał coś, co mi pasowało i jakby zmieszać je wszystkie to może byłby moim ideałem. Moje rzęsy zwane dachówkami są ciemne. Ciemne, proste, zero podkręcenia i krótkie! Gorszych chyba nie można mieć (chyba, że w ogóle ich nie mieć). Od kilku lat używam zalotki, ale to nie daje długiego efektu, nie wiem jak mam utrwalić to podkręcenie. Podkręcam je, tuszuje, jest ładnie, za chwilę lekko oklapną i nie wygląda to pięknie i zalotnie. Krążyłam w sierpniu między drogeryjnymi półkami w poszukiwaniu między innymi tuszu. Pierwszy raz zagościł u mnie produkt MaxFactor i trochę czasu minęło, więc mogę śmiało recenzować. Czego wymagam od tuszu? Pogrubienia, wydłużenia i przede wszystkim PODKRĘCENIA. Czy to dużo? Nie wiem, może ;) 

Coś o produkcie! Opakowanie jest bardzo estetyczne i lubię czerń z czerwienią :) Według producenta tusz powinien intensywnie pogrubiać i zagęszczać rzęsy, a dzięki nowej szczoteczce umożliwi efekt zalotnego podkręcenia. Za produkt zapłacimy ok. 30 zł. Sama kupiłam go na promocji za 24,99. Co zauważyłam przy stosowaniu? Na pewno plusem jest to, że się nie obsypuje, nie odbija i nie robi się tzw. efekt pandy. Niestety nabiera się za dużo produktu i trzeba wycierać o ścianki tubki. Według mnie rzęsy są lekko pogrubione i zagęszczone, trochę wydłużone. Jak z tym podkręcaniem? Po użyciu zalotki i po tuszowaniu jest minimalne pokręcenie, które mnie nie zachwyca. Chcę, aby moje rzęsy były zalotne, bardziej podkręcone. Ma ładnie wyprofilowaną szczoteczkę, którą łatwo się posługuje. Wiem, że szybko do niego nie wrócę. Będę szukać dalej mojego ideału, a może znajdę. Nie jest perfekcyjny, ale też nie najgorszy. Pewnie jeden z lepszych, które testowałam (chociaż jak na razie moim numerem jeden jest Astor, Big & Beautiful Play It Big Mascara). Wyruszę do drogerii w poszukiwaniu czegoś nowego. Może Wy macie swoje ulubione maskary, które powinnam przetestować? Dawajcie znać w komentarzach :) Całuje i cieplutko pozdrawiam!

P.S. Przepraszam za brak zdjęcia przed i po użyciu, ale jakoś nie mogłam go zrobić. Żadne nie nadawało się do publikacji. Obiecuje, że przy następnej recenzji tuszu takowe się pojawi, będę ćwiczyć! :)
Czytaj dalej

DERMATOLOG: Dieta

/kochana, byłaś, byłaś, niewidzialna, przez lata/

Przepraszam Was za obsuwę z tym postem! Za dużo rzeczy do zrobienia, nie ogarniam po prostu, ale już nadrabiam zaległości :)

Pisałam ostatnio o tym, że od dermatolog dostałam taką małą wskazówkę. Jak wiecie niektóre jedzone przez nas potrawy lub jakieś produkty mają odbicie na naszej cerze. Pewnie zauważyliście zmiany po spożyciu dużej ilości czekolady :) Dostałam od doktorowej kartkę A4 z tym, co mi wolno a czego nie. Dzisiaj chcę się z Wami tym podzielić, bo małymi kroczkami możemy dążyć do idealnej cery (ja dążę, długa droga przede mną)! 

DIETA

Zdecydowanie ograniczyć spożycie:
  • Słodyczy (m.in. ciastka o przedłużonej trwałości, czekolady mlecznej)
  • Słodzonych napojów, czarnej mocnej herbaty, kawy, słodkich alkoholi, słodkich win, piwa
  • Ziemniaków, produktów z białej mąki, białego ryżu, produktów wysoko przetworzonych
  • Produktów mlecznych w dużej ilości (tłuste mleko, ser żółty)
  • Tłustych mięs (z wyjątkiem tranu)
  • Smażonych produktów np. frytki
  • Soli, ostrych przypraw (chili, tabasco, pieprzu, octu spirytusowego)
  • Margaryny, żywności typu fast-food
Zalecane jest spożycie:
  • Chleba pełnoziarnistego, kasz, ryżu brązowego
  • Surowych warzyw lub krótko gotowanych, roślin zielonych (sałata, brokuły, pomidory, marchew, szpinak, fasola, soja)
  • Produktów słodzonych ksynitolem (brązowy cukier) lub fruktozą
  • Chudych mięs i tłustych ryb (śledź, makrela, łosoś) koniecznie z warzywami
  • Oleju lnianego, rzepakowego, oliwy z oliwek
  • Owoców, pestek słonecznika, dyni, kiełków pszenicy
  • Herbaty zielonej, czerwonej lub naparu z bratka
Jak ja się do tego odnoszę? Otóż moi mili ograniczyłam lub wyeliminowałam z diety większość produktów. Słodycze jem bardzo rzadko, a ostatnio zaczęłam piec i jem tylko swoje wyroby. Słodzone napoje pije bardzo rzadko (najczęściej jest to wtedy Coca-Cola), herbatę kocham i z alkoholem to różnie :) Ziemniaki jemy bardzo rzadko oraz ryż, na ogół jest to tylko makaron. Warzywa i owoce kocham nad życie, więc ciągle mogę je jeść. Staram się do tego stosować i poza tym pozbycie się niektórych świństw z naszego jadłospisu dobrze wpłynie na nasz organizm, więc polecam :)

Pozdrawiam Was cieplutko z mojego domu :) Idę zrobić sobie maseczkę i czerwoną herbatę, włączam Simsy i czekam na Narzeczonego! Wchodźcie na mojego Instagrama oraz Twittera!


Czytaj dalej

RECENZJA: Aussie Miracle Moist

/i zabraniają ust całować płci tej samej, a sami dają mi karabin i każą strzelać do ludzi innej wiary/

Australijska firma Aussie produkuje kosmetyki do włosów i pojawiła się również na polskim rynku, ale jej produkty nie należą do najtańszych. Za duży produkt zapłacimy 25-30 zł. Zanim pojawiła się w naszych drogeriach, miałam przyjemność poznać ją w Londynie, nawet się trochę polubiliśmy. Co nam obiecuje producent? Szampon oraz odżywka z serii Miracle Moist jest przeznaczona do włosów suchych i zniszczonych, zawiera przede wszystkim ekstrakt z australijskich orzechów macadamia. Nawilżająca formuła szamponu zostawi nasze włosy gładkie i błyszczące. Po użyciu odżywki nasze włosy staną się miękkie, lśniące i nawilżone. Plusem tych kosmetyków jest fakt, że nie zawierają żadnych sylikonów. To tyle od strony teoretycznej, czas na moją opinię. Coś, co w nim uwielbiam to piękny zapach, jest cudownie słodki i zdecydowanie za plus trzeba uznać, że po umyciu utrzymuje się na włosach! Posiada też ładne opakowanie, które dobrze prezentuje się w łazience. Kolor jest lekko żółty, dosyć gęsty. Czy zauważyłam to do czego jest przeznaczony? Sama nie wiem! Podczas mycia, spłukiwania i nakładania odżywki włosy nie są gładkie, wręcz poplątane i suche jak jakieś siano. Po wysuszeniu są nawet miękkie (ale też bez szału), na pewno są błyszczące i lśniące. Nie mogę się zdecydować, czy jestem do końca zadowolona. Korzystałam z niego wcześniej i było tak samo. Nie wiem od czego to zależy. Pewnie każda z nas odbierze go inaczej. Możliwe, że moje włosy są zbyt wymagające (albo ja). Według mnie produkt nie spełnia wszystkich punktów, które zapewnia producent. Chociaż za ten zapach można przełknąć jego wady :) Jeśli znajdziecie w sklepie jego małe odpowiedniki to skuście się, wypróbujcie i zobaczcie same, czy Wam odpowiada. Chociaż kupcie go dla poczucia tego piękne zapachu na włosach! :)

Bonusik dermatologowy musiałam przenieść na jutro, więc bez paniki :) Zapraszam Was do śledzenia mnie tam gdzie jestem i do jutra! 
Czytaj dalej

INSTA MIX #4

/ty jesteś dziś piękniejsza/

Dzisiaj dodaję Instagramowy mix z września, bo już mamy październik :) Co robiłam we wrześniu? Jak wiecie byłam w Londynie na urlopie, upiekłam ciasto i kupiłam cudowne kaloszki! Jeszcze dwadzieścia dni i będę aparatką! Nie mogę się doczekać tego dnia! Koniec biadolenia, czas na zdjęcia :)










Jutro podzielę się jeszcze z Wami zaleceniami od dermatolog o których nie wspominałam. Sądzę, że to będzie pomocna informacja :) W takim razie żegnam się z Wami czule (żarcik taki) i zapraszam jutro! :)
Czytaj dalej

ORTODONTA: Co nowego?

/zamknę oczy by czuć, lekkość życia bez słów/

Miałam dodać post jutro (jutro też będzie), ale nie mogłam zwlekać. Jestem tak szczęśliwa, że muszę się z Wami podzielić tą radosną nowiną. Aparat na górnych ząbkach zamieszka już 25 października :) Teraz przede mną przeklęte wyrywanie, ale dam radę! Bo kto jak nie ja? W listopadzie dołączy aparat na dół,  ale data jeszcze nie jest znana (finanse, finanse, finanse). Jestem mega szczęśliwa! Normalnie mam ochotę skakać i to, że wstałam dzisiaj o piątej rano tak mnie nie smuci!

A, co się działo u mnie przez dni nieobecności? Otóż byłam na dwudniowym szkoleniu organizowanym przez moją firmę. Były to przyjemne dwa dni w doborowym towarzystwie :) Dodatkowo wczoraj z Narzeczonym robiliśmy pizzę! A ja po raz czwarty upiekłam ciasto :) Tym razem czekoladowe i chyba moje najlepsze jak do tej pory, ale niedługo wszystkie będę przepyszne. W planach mam jeszcze upieczenie chleba, ale to jakoś muszę rozgryźć! Jeszcze zbieram słoiki na ogórki, więc w przyszłym roku zaczynam wytwórnię przetworów. Moja Mama się śmieje, że zanim dobiję trzydziestki to będę perfekcyjną panią domu, coś w tym jest :)

Koniec mojego pisania, idę poprzeglądać strony a potem pograć w Simsy :) Zapraszam Was do śledzenia mojego Instagrama i Twittera


Czytaj dalej