TRĄDZIK: Zabiegi kosmetyczne

/cause you're a good girl and you know it, you act so different around me!/

We wczorajszym poście pisałam, że napiszę post o zabiegach kosmetycznych w przyszłości, jeśli Wy byście wyrazili chęci. Doszłam do wniosku, że zapoznam Was już teraz z moim planem leczenia, a po zakończonej serii zabiegów opisze ich działanie oraz efekty :) 

Pojechałam do kosmetyczki, która jest znajomą mojego Narzeczonego i też nosi aparat (pytała się mnie, kiedy ściągam, bo mam super proste zęby!). Nie ukrywam, że troszkę się denerwowałam, bo pierwszy raz znajdowałam się w salonie kosmetycznym. Zostałam zaprowadzona do gabinetu, gdzie musiałam się położyć, a że było mi chłodno to nawet przykryto mnie kocem. Na głowę założyła mi taki czepek, aby włosów nie ubrudzić. Obejrzała moją cerę i nie była nią zbyt zachwycona. Nie ma, co ukrywać, bo ja też za nią nie szaleje. Stwierdziła, że zrobi mi mocny zbieg po którym jest się mega czerwonym, a potem skóra schodzi płatami i  nie należy on do najprzyjemniejszych. Po pierwsze najpierw pozbyła się mojego makijażu i dokładnie oczyściła twarz, przygotowując ją do dalszych kroków. Mój zabieg nazywał się: polski peeling ziołowy (możecie w internecie o nim dużo poczytać).  Zaczęła od nałożenia maski rozpulchniającej, która była na moje twarzy z 10 minut. Zrobiła specjalną papkę i się zaczęło! Peeling nałożyła troszkę na całą twarz, obejmują szyje ze zmianami trądzikowymi i musiałam w takiej masce być przez 5 minut, co nie należy do przyjemnych, bo troszkę to podszczypuje. Przez 10 minut masowała mi tymi ziołami po twarzy, a było to uczucie jakby ktoś mieszanką szkła z piaskiem jeździł nam po buzi. Nie przyjemne! Po masażu dołożyła resztę mikstury i zrobiła kompres, który trwał 20 minut i bardzo, ale to bardzo piekło i podszczypywało, a ona co chwilę specjalnym preparatem lała mi piekące miejsca, aby ulżyć w moich cierpieniach :) Pomijam fakt, że jest to bardzo lejący zabieg, śmierdzący rosołem i zadaniem jego jest nam lekko poparzyć skórę by zmusić ją do regeneracji (poprzez zawartość pokrzywy). Porównuje się go do zabieg w gabinecie dermatologicznym z użyciem kwasy o 50 % stężeniu, który trwa ponad 1 minutę, a koszt jest dużo większy (nawet 800 zł). Całość trwała niecałe 2 godziny w cenie 150 zł. Po zabiegu byłam cała czerwona, a moja twarz jest teraz bardzo wrażliwa. Po dotknięciu jej poduszką, palcami, kapturem, szalikiem po prostu czymkolwiek czuję jakby ktoś mi malutki igiełki wbijał, takie opiłki żelaza albo jakby ktoś wysmarował mi cała twarz watą szklaną! Po tym peelingu najpierw nasza skóra jest mocno ściągnięta i napięta, a potem schodzi nam ekstremalnie, wielkimi płatami. Pod żadnym pozorem nie wolno ich odrywać, bo można się przez to nabawić blizn i przebarwień. Kiedy zacznie mi się łuszczyć skóra to pięć dni od tego momentu idę na dołuszczenie, czyli pozbycie się tej całej skórki, a zabieg dołuszczenia trwa ok. 30 minut i jest już w cenie. Za trzy tygodnie będę miała jeszcze raz wykonywany polski peeling ziołowy, ale jeszcze mocniej, a na dalszych wizytach się okaże, co robimy dalej. Pani Kasia stwierdziła, że chcę doprowadzić moją skórę do idealnego stanu jeszcze przed wylotem do Londynu, czyli w ciągu dwóch miesięcy. Po całym procesie moja skóra powinna być gładka, jaśniejsza, blizny powinny się zmniejszyć, a wszystkie stany ropne poznikać i już się nie pojawiać! Mam nadzieję, że tak będzie :)

Na razie oddałam się w ręce kosmetyczki i daruje sobie dermatologa. Liczę na to, że moja dwuletnia upierdliwa walka z trądzikiem skończy się po całej serii zabiegów. Po powrocie z Londynu robię to samo z plecami, bo skoro leki i maści nie działają to trzeba działać ostro ;) Jakoś w sobotę postaram się porobić zdjęcia, aby post podsumowujący leczenie u kosmetyczki był bogaty w zdjęcia, w wczoraj było już za ciemno i nic nie było widać! 

Idę uczyć się na jutrzejszy egzamin ze strategii, potem śmigam na obiad, a Wam życzę udanego dnia i odpoczynku w weekend! :)

Czytaj dalej

ORTODONTA: Uzupełnienie!

/zobaczyłem Cię za oknem, wejdź do domu to nie zmokniesz/

W listopadzie dodałam pierwszy post ze zdjęciami mojego aparatu (o tutaj!), więc trochę czasu minęło i wydaje mi się, że to dobry czas na małe podsumowanie :) Zostałam aparatką górną dnia 25 października, a dolną 6 grudnia. Aparat noszę ponad trzy miesiące, z zmiany widać i to bardzo. 


Po pierwsze można zauważyć małą asymetrię (niestety) oraz brak dolnych czwórek :) Za trójką zrobiło mi się trochę więcej miejsca, ale do wizyty mam jeszcze miesiąc, więc chyba będzie dobrze, a przynajmniej ja jestem tego zdania. Chociaż na powyższym zdjęciu widać, że trochę mi się wychyliła do przodu. Jedna dolna trójka nawet zmieniła swoje miejsca i weszła w łuk, który na dole jeszcze idealny nie jest. Do wszystkiego się powoli dojdzie :) Górny łuk, gdyby nie ta przeklęta trójka byłby prawie idealny, ale czekamy! 


Dzisiaj tak o wszystkim i o niczym, a teraz wracam z powrotem do nauki zarządzania kryzysowego, bo jutro poprawka, niestety! Rzuciłam notatki i przyszłam dla Was napisać :) Mam nadzieję, że wszystkie aparatki czytające mojego bloga też zauważają wszystkie dobre zmiany zachodzące w naszym uśmiechu! Cieplutko pozdrawiam :) 
Czytaj dalej

RECENZJA: Bourjois 123 Perfect Foundation

/I got this feeling on the summer day when  you were gone/

Długo szukałam jakiegoś sensownego podkładu i nawet byłam gotowa w Douglasie kupić podkład marki Clinique za 150 zł, ale po dostaniu próbki opamiętałam się. Jest to mój pierwszy produkt marki Bourjois i na pewno nie jest on ostatnim, bo w planach mam zakup różu :) Może nie jest tym moim wymarzonym (serio mam za duże wymagania), ale zdecydowanie jest wart uwagi, a dlaczego dowiecie się w dalszej części postu!

Opis produktu:
Pierwszy podkład, który posiada trzy pigmenty korygujące cerę. Pożegnaj się z ziemistą cerą i zaczerwieniami.
1) Żółte pigmenty - redukują cienie pod oczami.
2) Fioletowe pigmenty - świeża cera bez plamek i piegów.
3) Zielone pigmenty - maskuje popękane naczynka i czerwone ślady po trądziku.
Podkład jest lekko matujący, długotrwale nawilżający oraz posiada SPF 10. 
Cena: ok. 55 zł/ 50 ml (swój kupiłam za 35,69 zł w promocji)

Co ja na to?
Kupiłam go jakoś w połowie grudnia, więc na jego temat mogę się śmiało wypowiadać ;) Mam najjaśniejszy odcień - Vanille Clair nr 51 - jest dla mnie idealny, ładnie się stapia z kolorem szyi. Opakowanie jest szklane z pompką i plastikową nakrywką, więc jest łatwy w użyciu i higieniczny. Jedyny jego mankament to fakt, że napis Bourjois się starł. Konsystencja jest jego lekka, w sam raz - nie za rzadka, nie za gęsta. Zapach zdecydowanie chemiczny, ale mnie on nie przeszkadza, a nawet uważam go za ładny. Skusiłam się na niego dzięki zawartości trzech korygujących pigmentów, bo moja cera nie jest idealna, a chcę aby na taką wyglądała. Kryje średnio, bo jednak niektóre moje czerwone krostki widać nadal, ale na pewno dzięki niemu delikatniej rzucają się w oczy. Czy nawilża? Nie wydaje mi się, bo wręcz uwydatnia suche skórki, a ja w zimie mam je, co chwila i nawet kremy mega nawilżające średnio sobie radzą. Jak mam dni, kiedy moja cera jest i nawilżona i bez krostek to sprawdza się po prostu idealnie, więc to jest powód mojej sympatii do niego. Jak z tymi pigmentami? Na pewno okolica moich oczu jest ładnie rozświetlona, nie widać zmęczenia. Buzia po aplikacji wygląda na świeżą i wypoczętą, a taki efekt każda z nas lubi :) Ślady po trądziku są ukryte, ale na nowe krostki dodatkowo korektor musi iść, bo nie radzi sobie z nimi dobrze jak wspominałam z resztą wcześniej. Plusem jest fakt, że ma w sobie SPF 10, bo dodatkowo chroni nas przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Jak z trwałością? Na opakowaniu jest napisane, że trzyma się do 16 h. Nie wiem, czy wytrzymuje tyle ile producent obiecuje, ale ja po pracy (pracuję 11h) jak zmywam makijaż mam jego ślad na waciku, czyli wytrzymuje. Pod koniec dnia jego krycie jest już średnie, ale nadal jest i oczywiście puder do czegoś również służy :) Podkład nie ciemnieje (przynajmniej u mnie), nie waży się, nie tworzy efektu maski, matuje. 

Jak możecie zauważyć jest podkładem dobrym, lecz nie idealnym! Wydaje mi się, że jak na produkt marki drogeryjnej jest w sam raz i na pewno do niego wrócę (dopóki nie znajdę tego wymarzonego). Jeśli szukacie czegoś lekkiego, co wygląda naturalnie to POLECAM ten produkt, zdecydowanie! 

P.S. Wiedziałyście, że ponoć kosmetyki marki Bourjois są produkowane w tym samym miejscu, co kosmetyki Chanel? Ponoć mają nawet niektóre kolory do siebie zbliżone (np. róże) :)
Czytaj dalej

STUDIA

/because I'm happy, clap along if you know what happiness is in you/

Pomimo tego, że dzisiaj jest poniedziałek i spędzam ten dzień w pracy to humor mi dopisuje, a poza tym na dworze jest pięknie biało i mroźnie ;) Weekend oczywiście spędzony na uczelni, a nad moją głową mryga czerwony znak z napisem "SESJA". W sobotę zajęcia od ósmej. Rano zaliczenie z zarządzania kryzysowego z ćwiczeń, niestety drugi termin (poprawa w czwartek), potem wpisy z innych zajęć (nie miałam karty, bo kolejka w dziekanacie przez dwa piętra się ciągnęła!). Większość dnia siedzieliśmy i gadaliśmy albo piliśmy miliony herbat z cytryną. Niedziela jeden wykład, a na drugim wpis. Wyjaśniłam moją ocenę 2 z bezpieczeństwa informacji (nie oddałam referatu i dlatego), a teraz w wirtualnym dziekanacie widnieje piękna czwóreczka. Oddałam również referat na etykę, który zgubiła! Muszę napisać jeszcze raz i jej dzisiaj to wysłać. Zakręcona z niej babeczka, serio. Poprzekładali egzaminy i okazuję się, że w ten weekend mam tylko jeden, lecz za dwa tygodnie jedyne trzy! Pomijam fakt, że na zajazd odbywający się 8/9 II mam do nauki odpowiedzi na ponad 170 pytań oraz całą socjologię i tego też jest od zwalenia. Po prostu nie wiem, czy dam radę się na to wszystko odpowiednio przygotować. Przeraża mnie to, ciągle o tym myślę i chodzę zestresowana. Dzisiaj wydrukowałam sobie pytania na sobotni egzamin, na poprawę z zarządzania kryzysowego i na egzamin 9 II,  a wyszły mi jedyne 24 strony. Już wiem, że na socjologię i systemy bezpieczeństwa narodowego będzie tego dwa razy tyle. Mam wrażenie, że pozarywam noce aby wkuć ten materiał. Przeraża mnie, przeraża.

Dzisiaj muszę napisać ponownie referat na etykę społeczną, ogarnąć zagadnienia do socjologii i chociaż opracować połowę pytać na systemy bezpieczeństwa narodowego. Nie wiem jak to zrobię i czy starczy mi na to wszystko doby, a jutro zaczynam naukę :) Plan na dwa tygodnie: uczenie, uczenie, uczenie. Życzcie mi powodzenia na egzaminach, a pisanie do Was będzie moją jedyną rozrywką! Zapomniałabym,  w czwartek idę na oczyszczane twarzy :) Ubierajcie się cieplutko! 
Czytaj dalej

RECENZJA: Peeling enzymatyczny Organique

/you and I we have to let each other go, we keep holding on but we both know/

Przyszedł czas na recenzję jednego produktu z grudniowego pudełka ShinyBox, a dokładnie kosmetyku pochodzącego z marki Organique, Enzymatic Peeling & Herbal. Sama marka tworzy kosmetyki z naturalnych składników, a na pewno w większej mierze. Osobiście wolę bardziej peelingi enzymatyczne od tych mechanicznych, bo są delikatniejsze, nie rysują i nie podrażniają naszej cery :) 

Opis produktu:
Peeling enzymatyczny, przeznaczony do każdego typu cery, nawet wrażliwej i alergicznej, wykorzystujący doskonałe właściwości eksfoliujące enzymów z owoców papai i ananasa. Jego działanie złuszczające wzmocnione zostało przez koktajl kwasów owocowych o niewielkim stężeniu. W trakcie zabiegu kaolin wnika w pory skóry i oczyszcza jest z nadmiaru sebum i zanieczyszczeń. Połączenie tych surowców w jednym preparacie zapewnia delikatne, a zarazem optymalne oczyszczenie. Odpowiednią ochronę skóry gwarantują ekstrakty ziołowe z krwawnika, prawoślazu i melisy, łagodzą i zapobiegają podrażnieniom. Kompleks Regucea pozyskiwany z ziaren jęczmienia wskazuje dużą skuteczność w wale z problemami skóry naczyniowej. Hamuje reakcje zapalne, redukuje zaczerwienienia i w znacznym stopniu przyczynia się poprawy wyglądu skóry. Po zabiegu cera odzyskuje blask i jest doskonale przygotowana do dalszej aplikacji kosmetyków.
Sposób użycia: Nałożyć na całą twarz, zostawić na 5 minut, potem wilgotnymi dłońmi wmasowywać go przez kolejne 5 minut, resztę produktu zmyć.
Co ja na to?
Podczas trzymania go przez czas 5 minut odczuwa się lekkie szczypanie, ale wydaje mi się to spowodowane dogłębnym oczyszczaniem naszej twarzy z całego brudu, więc można to wybaczyć. Produkt ma konsystencje pasty i ładne opakowanie, ale w tubce byłoby bardziej higieniczne niż wkładanie paluchów do środka, lecz nie można mieć wszystkiego :) Zapach ziołowy, do wytrzymania! Wydajny, bo mam go od połowy grudnia i robiłam już tych peelingów trochę, Narzeczony również,  a zużycie jest znikome. Najbardziej boli mnie jego cena (ok. 76 zł/100 ml), bo sama bym się na niego nie skusiła i nadal używała tylko tego z Dermiki, ale w sumie do jakości cena jest nawet adekwatna. Po dokładnym wmasowaniu i zmyciu nasza nasza buzia jest świeża, gładka, miękka, lekko napięta i przede wszystkim dogłębnie oczyszczona oraz zmatowiona. Jest również delikatnie zaczerwieniona, ale to pewnie wina tego podszczypywania. Zaczerwieniona NIE podrażniona :) Zdecydowanie POLECAM!
Czytaj dalej

SHINYBOX: Styczeń

/kiedy bliskość nas rani, aż tak, dawno minął już czas na żal/


Dzisiaj rano podczas robienia jajecznicy do mych drzwi zadzwonił kurier i już wiedziałam, że to pudełeczko :) Wiedziałam czego mogę się w nim spodziewać (ach, ciekawość!), bo patrzyłam opinie innych, więc niespodzianka była dużo mniejsza. Zastanawiam się nad zamówieniem subskrypcji, bo miałabym dwa ekstra kosmetyki (m.in. pędzel), ale muszę dogadać to z Narzeczony... albo i nie :) Tym razem znalazły cztery pełnowymiarowe produktu.

Co jest w środku? 

DERMIKA
Wygładzająca baza pod makijaż - EDYCJA LIMITOWANA
Baza pod makijaż wygładzająca skórę z subtelnym efektem rozświetlającym. Już niewielka ilość bazy sprawi, że skóra staje się aksamitnie gładka, świeża, wygląda na wypoczętą i zrelaksowaną.
17,00 zł / 10 ml
PAESE
LINEA Automatyczny Eyeliner - PRODUKT PEŁNOWYMIAROWY / NOWOŚĆ
Metaliczna kredka do oczu o  miękkiej konsystencji, przedłużonej trwałości i metalicznym blasku. Długotrwały efekt makijażu oka do 12 godzin. Kredka jest wodoodporna, nie zawiera konserwantów.
23,00 zł / szt.
DELAWELL
Oliwka do paznokci - PRODUKT PEŁNOWYMIAROWY
Złota Oliwka Do Skórek i Paznokci  lub Zmysłowa Oliwka Do Skórek i Paznokci. Oliwka zawiera drogocenne olejki pochodzenia roślinnego. Niezwykły produkt do pielęgnacji, wzmacnia strukturę skóry i paznokci.
29,00 zł / 15 ml
BIOLIQ
Jeden z kosmetyków do pielęgnacji twarzy - PRODUKT PEŁNOWYMIAROWY
Bioliq to nowoczesne dermokosmetyki, których receptura opiera się na wysokiej jakości ekstraktach roślinnych o unikalnych właściwościach, pozwalających zaspokoić indywidualne potrzeby skóry.
15,00 zł / szt.
EVREE
Wygładzający peeling do stóp - PRODUKT PEŁNOWYMIAORWY
Wspomaga odnowę i regenerację skóry, pozostawia stopy miękkie i aksamitnie gładkie. Zawiera drobinki pumeksu, urea, lanolinę, wosk pszczeli oraz lawendowy olejek eteryczny.
10,00 zł / 75 ml

Kredkę marki Paese mam w kolorze zielonym (akurat w moim kolorze oczu), lecz zatyczka na gąbeczkę była cała pogruchotana, więc troszkę niefajnie. Oliwkę dostałam Złotą, a z Bioliq krem pod oczy i bardzo dobrze, bo myślałam nad zakupem jakiegoś. Pomimo, że jest tam +25 będę go stosować, bo jego skład krzywdy mi nie zrobi. Peeling marki Evree będę stosować tym bardziej, że posiadam krem do stóp, więc ich połączenie może być super. Oczywiście w lutym kilka produktów znajdzie się na blogu w formie recenzji. Z grudniowego pudełeczka tylko jeden kosmetyk zostanie zrecenzowany, a jaki to dowiecie się na dniach ;)

***
Chciałam dodać szybki post z rana, bo teraz idę się szykować. Jadę do banku, a potem na fitness. Niestety wczoraj musiałam odwołać zajęcia, bo miała przyjechać do mnie teściowa.... Nie przyjechała i nic mi o tym nie powiedziała. Nieważne! Po powrocie zamierzam sobie zrobić małe SPA, bo coś należy się mojemu ciału oraz duszy. Dodatkowo muszę przygotować zdjęcia do jednego posta :) Przesyłam buziaczki i trzymajcie się cieplutko w te chłodne dni! 
Czytaj dalej

TRĄDZIK: Bioderma Sebium Al oraz Pharmaceris

/gdy wszystko, co chce niebo dać - zmieniam w ogień; wszystko, co chce niebo dać - umyka z objęć/

Miesiąc temu, a nawet już troszkę ponad pisałam Wam o dwóch nowych produktach, które zaczęłam używać do walki z moim upierdliwym trądzikiem, lecz był to post tylko i wyłącznie zapoznawczy, a możecie poczytać o nich tutaj ;) Na dzień dzisiejszy wiem, że w lutym wybiorę się do kosmetyczki na oczyszczanie (zdecydowanie mi się to przyda) oraz do dermatologa, bo pewnie inaczej sobie nie poradzę. Do sedna! Oczyszczający płyn bakteriostatyczny marki Pharmaceris używałam tylko i wyłącznie, a na pewno w głównej mierze do przemywania skóry na plecach. Powiem Wam szczerze, że po miesiącu używania tego produktu nie zauważyłam żadnej poprawy. Raz się nasila jak nasilało, raz jest w miarę okej jak było, a czasem jest nawet dobrze. Niestety takie skoki na moich plecach to mam bez używania tego produktu. Na pewno nie zmniejszył ilości powstawania nowych badziewi. W ogóle na nie nie zadziałał. Tak jakbym je przemywała codziennie zwykłą wodą kranową, którą zmoczyłam płatek. Twarz kilka razy przemyłam, ale tylko wtedy, kiedy moja cera była sucha jak wiór, a ten produkt akurat nie wysusza (o! tu się producentowi udało spełnić postulat). Na szczęście zostało go już niewiele, ale to pewnie dlatego, że Narzeczony zaczął go również używać do oczyszczania twarzy :) Wiem, że nie kupię już tego produktu nigdy, bo bez sensu wydawać na coś ponad 30 zł, co w ogóle nie działa jak powinno. Kończę butelkę i raz na zawsze zapominam o tym produkcie. Ja osobiście go nie polecam! Poużalałam się, a teraz czas na opinię o kremie z marki Bioderma Sebium Al. Smaruje nim buzie również od ponad miesiąca. Wyskakują mi różne nowe niespodzianki (teraz idą te okropne kobiece dni), ale jak nie nasilają się hormony to wtedy jest wszystko okej i on się nawet sprawdza. Jest lekki, nietłusty, szybko się wchłania i ma dziwny zapach. Niby na opakowaniu producent pisze, że do stosowania jako uzupełnienie kuracji dermatologicznej i pewnie tak by było mi z nim najlepiej. Na pewno moja cera produkuje mniej łoju i zmniejszyło mi się błyszczenie skóry. Naskórek też został lekko wyrównany. Większość właściwości, które są napisane na opakowaniu się sprawdzają, a ja pewnie też wymagam od niego zbyt wiele, bo jestem już taka wymagająca :) Skubany jest wydajny i też trochę kosztuje (ponad 50 zł!), ale mam go jeszcze w opakowaniu i nie narzekam. Po skończonym opakowaniu na pewno do niego wrócę, ale raczej tylko jako uzupełnienie kuracji i będę go stosować np. pod makijaż rano. Jeśli macie lekkie zmiany trądzikowe i cerę mieszaną to zdecydowanie możecie się na niego skusić, bo być będzie dla Was w sam raz, gdyż dla mnie jest raczej zbyt delikatny. 

Wybiorę się do trzeciego dermatologa w tej samej przychodni i zobaczymy, co on powie. Nie ukrywam, że wolałabym zacząć działać od wewnątrz, bo jak stan skóry twarzy zmienił się diametralnie, tak na plecach jest raptem mała zmiana, a nie na tym mi zależy :) Przesyłam buziaczki i nadal czekam na moje styczniowe pudełeczko od ShinyBox, które jeszcze nie dotarło, a znając moje szczęście dotrze do mnie jutro! 
Czytaj dalej

ĆWICZENIA: Fitnessowy zawrót głowy!

/so let's get undressed, cause you look a little lonley/

Sądząc po tytule dzisiejszego posta pewnie już wiecie o czym będą moje bazgroły :) Lecz zanim do tego przejdę powiem Wam trochę, co u mnie! Przede wszystkim po dwudniowej nieobecności nie czekały na mnie komentarze (troszkę smuto, ale przeżyłam). Zrobiłam spore zakupy kosmetyczne, więc post o zakupach w styczniu będzie obfity w same dobroci :) Dodatkowo wczoraj obcięłam włosy i od razu lepiej się czuje (zdjęcie dodam myślę, że dopiero w przyszłym tygodniu) oraz zaliczyłam bezpieczeństwo informacji jakimś cudem :) 

Po długiej nieobecności na fitnessie, bo pierwszy i jak i ostatni raz byłam przed świętami, ale powiedziałam dosyć i poszłam na zajęcia w środę :) Trenerka dała popalić, bo tej pory mam zakwasy. Nie mogę schodzić ani wchodzić po schodach, a jednym zdaniem: czuje, że mam mięśnie! Teraz pomyślicie, że jestem jakąś wariatką, która była dwa razy na zajęciach i twierdzi, że zawrócił jej w głowie. Wiecie, że lubię bardzo te zajęcia i taka forma aktywności jak najbardziej mi odpowiada. Jak tam jadę to mogę tam spędzić cały dzień i ćwiczyć, ale najgorsze jest dla mnie to, że nie chcę mi się wychodzić z domu i tam jechać. To jest jedyny powód mojej długiej nieobecności. Leń, totalny leń. Nie mam tam daleko. Jeden tramwaj i 15 minut drogi, ale nie chce mi się. Po prostu mi się nie chce. Koniec mojego biadolenia, bo już zapisałam się na dwa zajęcia w poniedziałek i jedno we wtorek. Trzeba spalić ten tłuszczyk :) W środę zajęcia na których byłam nazywały się "zgrabna pupa, płaski brzuch" i moja pupa to odczuła, na bank! Po 55 minutach intensywnego treningu jestem zmęczona, ale tak pozytywnie. Bolą mnie wszystkie mięśnie, a ja chcę więcej. Nie wiem, czy to dlatego, że ćwiczę w grupie czy, że jest fajna trenerka, a może dlatego, że gra muzyka. Nie wiem, bo ćwiczeniach czuje się lepiej niż przed nimi, jestem mega szczęśliwa i wiem, że mogłabym góry przenosić! Chodakowska ma rację z tym uwalnianiem endorfin po wysiłku :) 

W planach mam zmianę swojego odżywiania. Dodać do niego więcej wartościowych produktów, a Narzeczony też chcę schudnąć, więc razem będzie nam raźniej ;) W lutym planujemy zakup parowaru i może wtedy zaczniemy jeść więcej ryb, a On warzyw. Plan może mieć każdy, ale gorzej jest go wcielić w życie, a ja mam cichą nadzieję, że mi się to uda ;) 

Życzę Wam udanego wieczora! Wchodźcie na mojego Instagrama, bo trochę się tam dzieje i na Twittera, bo tam zawsze coś dodam :) Żegnam Was jakże uroczą focią z rąsi :)


Czytaj dalej

RECENZJA: L'Oreal Super Liner Perfect Silm

/I'll stand by you, won't let nobody hurt you/

Dzisiaj na tapecie mamy eyeliner w pisaku, którym ponoć posługuje się łatwiej niż tymi w pędzelku ;)

Posiada on idealnie wyprofilowaną końcówkę (wybaczcie, ale zapomniałam w  końcu zrobić jej zdjęcia) o średnicy 4 mm, którą można zrobić łatwą i perfekcyjną grubą lub cienką kreskę. Eyeliner jest niesamowicie trwały, kreska nie potrzebuje poprawek w ciągu dnia. Dodatkowo jego skoncentrowana formuła z wysoką zawartością pigmentu zapewnia głęboką i lśniącą czerń. Za 7 g produktu zapłacimy ok. 30 zł, ale ja akurat kupiłam go na promocji w Super-Pharm (bo gdzie niby indziej :)) za 26 złoty z groszem :) 
Jak ja się do tego odnoszę? Zacznijmy od początku! Zgadzam się, że mam super aplikator i na prawdę taka łamaga jak ja zrobi ładną kreskę (w końcu!). Nasza kreska może być cienka jak i gruba, bardzo łatwo
się operuje pisakiem ;) Z trwałością się zgadzam i nawet poprę to doświadczeniem ze swojego życia. Na Sylwestra zaszalałam i zrobiłam sobie kreseczkę, a potem nie zmyłam makijażu o czym Wam już pisałam. Ciekawe było to, że kreska nadal tam była, bardziej szara niż czarna i z prześwitami, ale była! Trwałość się zgadza jak najbardziej. Raczej nie potrzebuje poprawek w ciągu dnia, ale ciężko mi stwierdzić, bo ja i tak nie poprawiam makijażu. Dobra, czasem się przypudruje, ale tylko wtedy, kiedy mam jakieś świecące diody ;) Co do koloru to jak najbardziej jest to czerń, która jest czernią a nie np. szarością czymś tam. Powiem Wam, że jestem z tego produktu bardzo zadowolona i jest to jeden z moich lepszych zakupów. W końcu jest to idealne rozwiązanie dla osób, które eyeliner w pędzelku przeraża (jak mnie!), a każdy błąd łatwo poprawić. Zapomniałam wspomnieć, że się nie odbija, więc jest cudowny. Polecam, polecam, polecam! A na koniec dodaje zdjęcie, gdzie widać kreskę nim namalowaną (nie zwracajcie uwagi na wory pod oczami). Okej, jeszcze nie nauczyłam się tzw. jaskółek, ale i do tego dojdę kiedyś ;) 


Zdjęcie było robione telefonem przed imprezą, więc jakość nie powala ;) Radzicie sobie z kreskami? Ile zajęło Wam opanowanie robienia idealnych kresek na powiekach? A może używałyście tego produktu? 
Czytaj dalej

STUDIA

/miłość oślepia, zamyka oczy, tak pragnę wierzyć w nas/

Weekend spędziłam na mojej ukochanej uczelni i powiem Wam szczerze, że jestem przerażona zbliżającą się sesją, która w sumie stoi za moimi drzwiami i już nie puka, tylko dzwoni. Zacznijmy od początku, a dokładnie do podzielenia i opisania mojego weekendu. Sobota. Zajęcia od 8 do 18:30 i tutaj niespodzianka, bo byłam na wszystkich. Pierwsze ćwiczenia dotyczące zarządzania kryzysowego i termin zaliczenia (25. I), czyli za dwa tygodnie. Martwi mnie jedno, bo powiedział, że będzie brał pod uwagę obecności (nie było mnie na 4 zajęciach, czyli na połowie). Następne ćwiczenia dotyczące współczesnych systemów politycznych i prezentacja (3+). Napisałam maila do wykładowczyni o możliwość poprawy poprzez pisanie kolokwium. Po pierwsze jakbym z poprawy otrzymała 5 to automatycznie nie muszę pisać egzaminu z tego przedmiotu, ale z wykładów i ocena zostaje przypisana. Po drugie chce mieć dobre oceny, aby spróbować się starać o stypendium naukowe. Potem same wykłady i podawane terminy egzaminów. Przeraził mnie najbardziej chyba z socjologii, bo wykładowca stwierdził, że daje 90 minut, ale na ogół po 60 minutach wszyscy kończą. Czy to będzie matura ja się pytam? Po zajęciach odwiedziłam Galerię Łódzką i nic nie kupiłam, natomiast Narzeczony przytulił dwie rzeczy ;) Niedziela. Zajęcia do 13:30 do 18:30. Pierwszy wykład i przedstawianie prezentacji, która była dla chętnych. Uwaga! W tym momencie cholernie się cieszę, że jednak się do niej zgłosiliśmy, bo będzie to brane pod uwagę na egzaminie, a po podaniu zakresu materiałów czuję, że będzie to lekki hardcore. Bezpieczeństwo Narodowe (ogólnie pojęcia i wszystko), wszystkie strategie (jest ich 9), ale najbardziej przyczepi się do Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, czyli kolejna masa materiałów. Na następne dwa wykłady nie chodzę :) Powrót do domu, pieczenie ciasta i krojenie składników do zapiekani. O 18:00 do Manufaktury, masa ludzi ze względu na WOŚP. Dorzuciłam trochę grosza do tej akcji i zostałam obdarowana serduszkiem ;) Małe zakupy w Yves Rocher i mam już drugi poziom, jeśli chodzi o zbieranie punktów (oczywiście w poście o zakupach pojawią się te łupy ;)) oraz mała sprzeczka z Narzeczonym o.... buty ;) Do domu, wstawianie zapiekanki, rozmowa z mamą na Skype, oglądanie Warsaw Shore, a potem błogie lenistwo i sen, który jest lekarstwem na wszystko ;) 


Teraz siedzę w pracy, a za jakieś pół godzinki idę na obiad ;) Po powrocie trzeba sobie szykować materiały na nadchodzące egzaminy i zaczynać się dokształcać. Jeszcze szybki wypad do Super-Pharm po tusz i może coś jeszcze ;) Czy powinnam nosić częściej czerwoną szminkę?
Czytaj dalej

ORTODONTA: Co nowego?

/czekam wróć, nie potrafię drgnąć/

W piątek miałam wizytę u ortodonty i trochę się działo :) Pomijam fakt, że spóźniłam się piętnaście minut (kocham łódzkie mpk!), ale wielkie wejście musi być! Z dołu została zdjęta wkurzająca sprężynka i założone cztery zamki, więc jest super i jestem mega szczęśliwa! W sumie sprężyna została zdjęta na moje życzenie, bo ortodonta chciał ją jeszcze zostawić na kolejne sześć tygodni, ale ja bym nie wytrzymała. Nie pamiętam, czy Wam pisałam (jak tak to napiszę jeszcze raz), że w niedzielę spadła mi z dwóch haczyków gumka przez co wysunął mi łuk, wcisnęłam go z powrotem, ale i tak mi się ciągle przesuwał. Z jednej strony mi wystawał, a z drugiej nie był w rurce, więc ciągle jakieś awarię z tą sprężynką. Założył mi zamki i nowy łuk. Na górze również zawitał nowy łuk oraz dodatkowo za wystającą trójką została założona sprężynka, by spróbować przepchnąć zęby. Teraz jest decydujących sześć tygodni! Potrzebuję 8 mm na trójkę, a mam 1,5 mm. Jeśli przyjdę w lutym na wizytę i przybędzie mi np. 2 mm to nie wyrywam czwórek, a jak tylko 0,5 mm to nie ma sensu czekać dwóch lat, aby ona mi zeszła na swoje miejsce. Trzymam mocno kciuki, bo nie chce wyrywać tych zębów i Wy też trzymajcie! Tym razem wybrałam gumki granatowe, z których jestem bardzo zadowolona ;)



Do mojego super humoru przyczyniliście się Wy! Nie było mnie dwa dni, czekał na mnie komentarz, liczba wyświetlanych postów idzie w górę, co daje mi mega powera do pisania dla Was! Dziękuję, dziękuję, dziękuję :)
Czytaj dalej

PIELĘGNACJA: Wieczorne oczyszczanie twarzy

/why don't you stand? stand by me, oh my darlin'/

Do tematyki bloga dochodzą posty o pielęgnacji, które będą się pojawiać, co jakiś czas. Najpierw zostaną omówione różne części ciała, a potem będą edytowane przy zmianie jakiegoś kosmetyku lub innych czynników. 

Dzisiaj na tapecie mamy oczyszczanie skóry twarzy, które jest bardzo ważne, a przy skłonnej do trądziku cerze nader ważne. Przede wszystkim, żeby to wszystko miało sens trzeba być systematycznym (akurat w tym przypadku mi się to udaje). Ale zacznijmy może od początku! Zanim zajęłam się dogłębnym oczyszczaniem twarzy miałam na to lekko wywalone. Zmywałam makijaż, przemywałam twarz wodą, płyn micelarny, krem i do snu. Pomijam fakt, że zawsze po życiu płynu micelarnego płatek był jeszcze w kolorze podkładu, czyli nakładałam krem przeciwtrądzikowy na brudną twarz jakby nie patrzeć. Starałam się nie używać wielu kosmetyków z dwóch podwód. Po pierwsze, Narzeczony ciągle mi mówił, że za dużo ich używam i to pewnie dlatego mnie tak wysypuje. Po drugie, bałam się reakcji alergicznych, które spowodują nalot czerwonych krost. Czy to miało sens? Oczywiście, że nie! Abym mogła się cieszyć fajną cerą muszę ją oczyszczać, bo dopiero kosmetyki będą mogły działać :)


Jak wygląda moje oczyszczanie? Najpierw zaczynam od zmycia makijażu za pomocną oczyszczającego płynu micelarnego Ideal Soft od L'Oreal Paris, o którym już pisałam recenzję. Następnym krokiem jest umycie twarzy żelem marki Simple. Ten pierwszy z przodu do skóry z trądzikiem już się kończy, ale mam w zapasie jeszcze jeden. Jestem bardzo zadowolona z tego żelu i wiem, że przy wizycie w Londynie (już w kwietniu) zakupię sobie go z powrotem :) Potem w ruch idzie płyn micelarny Bioderma, który pewnie jest Wam znany. Ostatnią rzeczą jaką robię to smaruje całą twarz kremem Bioderma Al. Przy takim głębokim oczyszczeniu mój płatek przy użyciu płynu micelarnego nie jest umazany lekko podkładem, ale czysty (czasem znajdę na nim jakieś małe zanieczyszczenia). Dzięki temu wiem, że "robię dobrze mojej cerze" :) Przy okazji odkąd robię sobie cały ten rytuał zauważyłam, że mniej się świecę, czyli moja cera produkuje mniej sebum :)

A Wy jakich kosmetyków używacie do oczyszczania swojej twarzy? Może macie jakieś swoje rytuały? Podzielcie się nimi w komentarzach, a ja z miłą chęcią się z nimi zapoznam :) Pozdrawiam cieplutko! 

Czytaj dalej

Zakupy: GRUDZIEŃ

/You told me that you wanted this, I told you it was all yours/

Chciałabym Was przeprosić za brak nowego postu od prawie pięciu dni, ale jak zwykle umarły mi baterie w aparacie i dopiero dzisiaj zakupiłam nowe (praca, praca, praca). Również chciałabym podziękować osobą, które komentują  TEN post, bo jest mi strasznie miło, że ktoś to czyta i jest zainteresowany moimi wypocinami. Serdecznie Was pozdrawiam! 

Dzisiaj jest drugi z kolei post w Nowym Roku, który dotyczy zakupów. W grudniu kupiłam mniej kosmetyków, a przytuliłam więcej ciuchów. Dodatkowo dostałam dwa swetry od mamy, więc jeszcze więcej ich jest. Z góry uprzedzam, że nie zrobiłam zdjęć dwóm rzeczą. Pierwsze to czarne spodnie kupione w sklepie Zara za 99,99 złoty. Na Instagramie są w nich zdjęcia i możecie sobie je zobaczyć. Spodnie są zwykłymi czarnymi rurkami, które niestety obłażą różnymi rzeczami, więc rolka z taśmą w torbie to rzecz niezbędna. Zaś druga rzecz to sukienka, którą kupiłam od znajomej na studiach, ale jak będę gdzieś w niej szła to zrobię zdjęcia, wrzucę na insta i zobaczycie ;) Koniec gadania, czas na zdjęcia!




Przepraszam za ostatnie zdjęcie, ale dopiero na komputerze zobaczyłam, że jest zamazane. Chciałam Wam przypomnieć, że jak na razie możecie śledzić mnie na Instagramie oraz Twitterze, a teraz również możecie mnie obserwować do czego Was serdecznie zapraszam! Zabieram się za prezentacje, referat oraz naukę, bo okazało się, że w sobotę mam egzamin! Życzę udanego wieczora i do jutra :)
Czytaj dalej

INSTA MIX #7

/don't you think it's time to get it on/

Witam Was w pierwszym Noworocznym poście, który dotyczy oczywiście Instagama (jak, co miesiąc). Mam nadzieję, że Wasze imprezy Sylwestrowe były udane jak moja ;) Pomijam fakt, że wróciłam dopiero do domu po 16. Nie mogę sobie wybaczyć jednej rzeczy, a dokładnie tego, że  zasnęłam w makijażu, czyli popełniłam jedne z największych i niewybaczalnych błędów. Nie powinnam tego robić przy mojej  skłonnej do trądziku cerze, bo teraz odczuwam tego skutki. Wielkie, czerwone kropy. Jednym słowem: tragedia! Jutro przygotowuje wszystkie materiały do dalszych styczniowych postów i ruszam z kopyta :) 






Chyba grudzień jest moim ulubionym miesiącem, zdecydowanie :) Spędziłam magiczny czas z moją przyszłą rodziną oraz super Sylwestra z kuzyneczką i resztą. Dodatkowo przytuliłam całkiem sporą liczbę ubrań do szafy z czego bardzo się cieszę. Zamówiłam pierwsze pudełeczko ShinyBox oraz byłam na pierwszych zajęciach z fitnessu :) Piękną miałam choinkę, czyż nie? :)
Czytaj dalej