Salon i jadalnia w jednym.

Przyznam Wam się szczere, że jestem podekscytowana dzisiejszym postem i bardzo się cieszę, że ruszam z dalszą częścią mieszkania. Nie ukrywam, że urządzanie naszego gniazdka było świetną zabawą, ale jestem szczęśliwa, że ten etap mamy za sobą. Jesteście ciekawi kolejnego pomieszczenia? W takim razie zapraszam do dalszego czytania i oglądania :)
Salon połączony jest z kuchnią i jest to największe pomieszczenie w mieszkaniu. Jest bardzo jasny, chociaż nie tak jasny jak sypialnia, gdzie wykonuję większość zdjęć. Zależało mi na tym by zaznaczyć granicę między salonowością a jadalnio-kuchnią i udało Nam się to za pomocną dywanu. Postawiliśmy na białe meble, które są w całym mieszkaniu i kanapę w szarym kolorze jak ściany, całość dopełnia czerwony fotel. Jest on idealnym miejscem do czytania książek, więc postanowiłam postawić go przed regałem i stworzyć wymarzony kącik relaksu :) 
Koło kanapy postawiliśmy stół, który jest rozkładany, więc bez problemu przyjmiemy gości. Ze względu na to, że mieszkanie nie należy do super dużych to starałam się wybierać takie meble by zawsze coś w nich schować. Stół posiada sześć szuflad, które pomieszcza róże drobiazgi, jest wygodny i stabilny. 
Salon musiał być przyjemny dla oka, bo przecież spędzamy tutaj dużo czasu, chociaż wolnych chwil mamy niewiele. Uważam, że spełnia swoją rolę doskonale, ponieważ można tu odpocząć i przyjąć gości.
Tak prezentuje się kolejne pomieszczenie w naszym domu, a jakbyście byli ciekawi to wszystkie meble pochodzą ze sklepu IKEA (a to niespodzianka).

Dla osób, które nie czytały poprzednich wpisów dotyczących wnętrz lub są nowe na blogu to odsyłam:
Co myślicie o salonie połączonym z jadalnią? Jakie są Wasze odczucia? Które pomieszczenie ma być następne: kuchnia, sypialnia czy przedpokój? Czekam na Wasze komentarze.

Czytaj dalej

GOLDEN ROSE MATTE CRAYON LIPSTICK | NUMER 08, 11 ORAZ 13

Firma kosmetyczna Golden Rose to według mnie najlepiej rozwijająca się marka ostatnich czasów. Na punkcie ich produktów oszalało wiele kobiet, a ich nowości kradną serca i znikają w ekspresowym tempie ze stoisk. Długo wahałam się z zakupem (kultowych już) matowych pomadek w kredce, bo moja kolekcja produktów do ust jest.... duża :) Pomimo tego, że wiele zostało już napisane o tym kosmetyku to mimo wszystko zapraszam Was do przeczytania mojej opinii. 
Gdy pierwszy raz użyłam tych pomadek to po prostu przepadłam, bo są tak genialne i w końcu zrozumiałam zachwyt nad nimi. Jest to produkt, który łatwo sunie po ustach, zostawia na nich aksamitne wykończenie. Ma wielką przewagę nad szminkami w sztyfcie, ponieważ można je zatemperować i przez to mamy możliwość idealnego obrysowania ust bez użycia konturówki. Dodatkowym atutem jest ich trwałość, bo u mnie wytrzymują od 4 do 6 godzin, a do tego schodzą równomiernie i nie tworzą nieestetycznych, białych pasków czy innych dziwactw. Uwielbiam je również za fakt, że nie wysuszają ust, nie podkreślają suchych skórek i nosi się je bardzo komfortowo.
Posiadam je w trzech odcieniach, czyli 08, 11 oraz 13 i zdecydowanie mam ochotę na zakup kolejnych, pewnie wcześniej czy później do tego dojdzie. Całą tę trójkę darzę ogromną sympatią, uwielbiam i noszę z ogromną przyjemnością. Pozwolę sobie również wspomnieć, ze pomadki maja niesamowitą intensywność koloru oraz jest piętnaście kolorów do wyboru, Uważam, że za tak niską cenę (11,90 zł) i taką jakość to najlepszy produkt do ust jaki powstał.

Macie je w swoich kosmetyczkach? Co o nich sądzicie? Jak się u Was sprawdzają? Dajcie znać oczywiście w komentarzach i odwiedzajcie social media bloga.

Czytaj dalej